Archiwum kategorii: Afryka

Egipt – zwyczaje i tradycje

RamadanPodczas pierwszej wizyty w Egipcie przeskok kulturowy i obyczajowy dla Europejczyka może być szokujący. Lecz nie dla takiego, który że chce coś więcej wiedzieć, o kraju do którego się wybiera.
Większość tradycji w Egipcie ma korzenie muzułmańskie, lub koptyjskie. Jedną z ważniejszych tradycji jest gościnność.

Święta

W Egipcie obchodzi się 9 świąt państwowych, a są to: Czytaj dalej Egipt – zwyczaje i tradycje

Podróże Kapuścińskiego

hebanNie poczytamy już nic nowego. Nasza kochana Pani polonistka wysłała nas kiedyś z taczką książek. Zaraz za Spodek do skupu makulatury. Pewne książki się w IV LO po prostu nie czytały. Był na stosie „Busz po polsku” i „wojna futbolowa”. Później Kapuściński po społy z Kochanowskim gwarantowali mi szóstki na wypracowaniach. Tak łatwo było połączyć tradycje z nowoczesnością, a ich utwory pasowały na każdy maturalny temat. Dorzuciło się Mickiewicza i już było cool. Szóstki bo Kapuściński był przecież „ponad program”.

„Heban” jeszcze bardziej rozpalił moja chęć jechania do Afryki, choć tez wtedy zrozumiałem, ze Kapuściński to naprawdę literat. Że takiej Afryki jak on opisuje nie ma. I nigdy nie było. Albo może trzeba mieć taka wyobraźnię żeby łowić z afrykańskiego krajobrazu jakieś szczegóły, które zdarzają się raz na sto lat. Zrozumiałem, że reportaż to jest też sztuka pisania proza. Ze trzeba ubarwić kolory nieba, pakunki madame z Senegalu czy dzwony i muezinów z Asmary. Anyway, jak jedziecie do Afryki i rozmawiacie z białasami, Kapuściński jest klasykiem! Czytaj dalej Podróże Kapuścińskiego

Zabytki południowego Egiptu

Świątynia Hatszepsut

hatshepsutŚwiątynia Hatszepsut zwana ” Świątynią Milionów Lat” jest położona na zachodnim brzegu Nilu, w Deir el- Bahari, na wprost świątyni Amona w Karnaku.

Gigantyczny kompleks został wzniesiony przez królową Hatszepsut. Była ona jedyną córką z prawego łoża króla Totmesa I. Jednak w Egipcie kobiety nie mogły dziedziczyć władzy, więc po śmierci ojca następcą tronu został Totmes II (syn Totmesa I z pomniejszą żoną Mutnofret). Po koronacji następca tronu poślubił swą przyrodnią siostrę – Hatszepsut. Totmes II zmarł po zaledwie dwóch latach rządzenia, a spadkobiercą tronu został wówczas jego dwu letni syn z nieprawego łoża – Totmes III.
W chwili śmierci męża królowa miała zaledwie 15 lat, ale była najstarszą przedstawicielką rodu. Zgodzono się aby do czasu osiągnięcia dojrzałości przez Totmesa III rządziła Hatszepsut. W siódmym roku panowania Hatszepsut koronowała się na faraona. Od tego czasu o królowej pisało się jak o mężczyźnie, a na rzeźbach przedstawiana była jako król (z brodą i w koronie). Czytaj dalej Zabytki południowego Egiptu

Egipskie zwyczaje

Egipt – zwyczaje

egiptEgipcjanie są pogodnymi i uczynnymi ludźmi przyjaźnie nastawionymi do turystów, jednakże za wszelkie wyświadczone przez nich przysługi można usłyszeć słowo „bakszysz”. Bakszysz jest rodzajem napiwku, a obyczaj jego dawania jest związany z religią islamu, nakazującą dzielenie się majątkiem z biednymi.
Wraz z rozwojem turystyki zwyczaj ten został jednak tak rozpowszechniony, że dla niektórych jest on jedynym źródłem utrzymania. Większość Egipcjan to muzułmanie. Muzułmanie nie jedzą wieprzowiny i nie piją alkoholu. Modlą się pięć razy dziennie nawoływani przez muezina. W okresie postu (ramadanu) muzułmanin nie je i nie pije od wschodu do zachodu słońca.
Podstawą egipskiego społeczeństwa jest rodzina. Związek małżeński i posiadanie dzieci jest priorytetem każdego obywatela. Realizacja tych planów nie jest jednak łatwa, gdyż wymaga się by pan młody zapewnił rodzinie mieszkanie, a ubóstwo w Egipcie jest czymś powszechnym. Jednym z ulubionych zajęć mężczyzn egipskich jest przesiadywanie w kawiarniach paląc wodne fajki lub oglądając telewizje.

Święta państwowe przypadają na następujące dni:
1 stycznia     Nowy Rok
22 lutego     Dzień Jedności
18 kwietnia     Dzień Zwycięstwa
25 kwietnia     Dzień Wyzwolenia Synaju
1 maja     Święto Pracy
23 lipca     Dzień Rewolucji
6 października     Dzień Sił Zbrojnych
24 października     Dzień Suezu
23 grudnia     Dzień Zwycięstwa

Święta religijne są świętami ruchomymi. Najważniejsze z nich to: Mały Bajram, Ramadan, Święto Ofiary (Duży Bajram).

Dobre rady dla podróżujących

  • Wiza Egipska – Wybierając się do Egiptu należy pamiętać, że między Polską a Egiptem obowiązuje ruch wizowy. Na lotnisku w Egipcie należy wykupić znaczki opłaty skarbowej za 15 USD. Na ich podstawie urzędnik celny wbija wizę do paszportu. Paszport musi być ważny 6 miesięcy po zakończeniu pobytu w Egipcie.
  • W meczetach (większość z nich jest dostępna dla turystów) kobiety powinny mieć na sobie ubranie zakrywające ramiona, nogi, plecy i dekolt, a mężczyźni długie spodnie. Przed wejściem do meczetu należy zdjąć obuwie lub założyć ochraniacze na buty.
  • Opalanie się topless jest dopuszczalne tylko na plażach hotelowych.
  • Przed wejściem do taksówki, busa, czy wynajęciem wielbłąda najpierw należy uzgodnić cenę.
  • Jeśli planujesz wyjście z hotelu na dłużej (np. wycieczkę) radzimy zgłosić ten fakt w recepcji i zostawić nr telefonu komórkowego.
  • W większości hoteli zabronione jest wnoszenie z zewnątrz napojów czy jedzenia. Lepiej zrobić to mniej oficjalnie – np. w plecaku.
  • Zwyczaje nakazują przed zrobieniem zdjęcia tubylcowi zapytć najpierw o zgodę.
  • Nie wolno fotografować obiektów wojskowych, rezydencji dostojników państwowych, mostów i portów.
  • Polecamy zabranie ze sobą z kraju kilku banknotów jednodolarowych – dzięki temu będziemy mieli możliwość dania bakszyszu, czyli napiwku, ludziom obsługującym nas na lotnisku czy przy zakwaterowaniu w hotelu.
  • Należy unikać kąpania się w jeziorach i kanałach.
  • W Egipcie nie obowiązują żadne zasady ruchu drogowego, dlatego zalecamy szczególna ostrożność przy przechodzeniu przez ulicę.

Misjonarska Afryka

zanzibarKilka dni spędziliśmy na Zanzibarze, w zupełnym odcięciu od świata. Jako zadeklarowani przeciwnicy komercji zrezygnowaliśmy z pięciogwiazdkowych hoteli i plaż pełnych europejskich turystek w sile wieku. Trafiliśmy wiec do obskurnego motelu w biednej dzielnicy głównego miasta na wyspie. Kilkanaście kilometrów od centrum znaleźliśmy piękna, pusta plaże, krystalicznie czysty ocean. Tak świętowaliśmy początek grudnia 🙂

Zanzibar

Zanzibar to największa atrakcja turystyczna w okolicy. Modna głownie w USA, Włoszech i Niemczech. Mieszkańcy się cieszą, ale zdaniem niektórych speców od turystyki Zanzibar być może podzieli los kenijskiej Mombassy. Kenijskie miasto stało się centrum turystyki i uciech cielesnych. – Zostawcie nasze zony – można przeczytać na stolach w niektórych restauracjach Mombassy. Zanzibarczycy są pewni swego, w końcu dominującą religią jest tu islam.
Poza tym na wyspie udało nam się trafić na zjawisko astronomiczne, które ma się powtórzyć dopiero za 50 lat. Księżyc znalazł się w zapewne interesującej i przy okazji dziwnej dla nas fazie. Nie mogliśmy zrozumieć, czym się tu emocjonować, ale wyglądało to ciekawie. Zdjęcia poniżej.

Pozdrawiamy grono czytelników, nie bójcie się tak o nas. Postaramy się wrócić bez egzotycznych zon.
Trzy dni jechaliśmy do Dar es Salaam, największego miasta Tanzanii. Pokonaliśmy całe państwo wszerz, od granicy do granicy.

Mwanzie

Już w Mwanzie z naszego jeepa zaczęło się dymić, naprawa zajęła mechanikowi tylko pięć minut. Przyjechał na miejsce ze śrubokrętem i po prostu odłączył wszystkie kable. Auto mogło jednak jechać dalej, resztę trasy przemierzyliśmy na pace razem z kogutem. Nasze oczy napawały się pięknymi widokami, gdy cztery litery przeklinały wszechobecne dziury.
Mieszkańcy Mwanzy to głównie muzułmanie, więc spotkaliśmy się z negatywną reakcją gapiów. Zażądali pieniędzy za parkowanie na ich terenie, piękna islamitka rzuciła się do stacyjki, by ukraść kluczyki. – Wracajcie do Musomy chrześcijanie – krzyczał pewien gość.

Tanzańczycy to naród biedny, ale zaradny. Całą drogą towarzyszył nam niejaki John, urzędnik państwowy. John ma taki dar przekonywania, że przez niemal 2 tys. kilometrów jechał za darmo, zjadł obiad, wypił kawę i dojechał taksówką do domu. Cała podróż wyniosła go pół dolara. Zawsze znajdował fundatorów, którym obiecywał oddać pieniądze. Szczerze mu zazdrościliśmy.

Maganzo

Inni mają łatwiej. W miasteczku Maganzo ludzie żyją w malutkich chatkach, dookoła których ziemia jest rozkopana. Mieszkańcy bowiem żyją na diamentach. W tygodniu rozkopują okoliczne grunty, w weekend latają do Dar es Salaam samolotami na zakupy, by wrócić do swoich skromnych chatek.

W Dar powitał nas deszcz i jegomość z kijem, który wciąż chodził za nami. Gdy uciekliśmy do restauracji ochrona go wyprosiła. Wtedy zaczęła się bójka rodem z filmu sensacyjnego. W końcu mężczyzna zostawił swój kij i uciekł. Nie chcieliśmy wzywać policji, bo tego samego dnia spędziliśmy godzinę przed komisariatem, gdy jednemu z współpasażerów w autobusie zginął laptop.

Policjant robił wszystko, by go nie znaleźć, więc trochę mu to zajęło. Tanzania to państwo chaosu!
Po 15 godzinach drogi z Dar es Salaam dotarliśmy do Nairobi. Mieszkamy na osiedlu, które na pierwszy rzut oka wygląda na strzeżone. Wjazdu strzegą bowiem duża brama i miły strażnik. Dzielnica wcale nie jest niebezpiecznia, więc po co komu takie zabiegi?

Okazuje się, że co jakiś czas do Nairobi przybywają Masajowie z całym swoim dobytkiem, czyli stadami krów. Masaje są bardzo miło usposobieni, gorzej z krowami, które ostatnim razem poobgryzały naszym sąsiadom trawniki i żywopłoty. Innym razem Masajowie niemal wstrzymali ruch lotniczy pod Nairobi, przeprowadzając swoje krowy przez pas startowy.
Niegdyś, jeszcze przed przybyciem kolonizatorów Masajowie posiadali w Nairobi swoje ziemię. Później Brytyjczycy ustanowili sztuczny podział ziem wśród plemion. Większość z nich nie może się z tym pogodzić do dziś. Stąd powroty Masajów, konflikty etniczne na linii Kikuyu i Luo. Zresztą pochodzenie to jedna z ważniejszych rzeczy dla Afrykańczyków. – Jestem Peter, Luo – można usłyszeć z ust przedstawiającego się Kenijczyka.

Plemiona

Każde plemię to inne zwyczaje. Luo żyją głównie nad Jeziorem Wiktoria i mimo, że są jednym z większych plemion Kenii nigdy nawet nie współrządzili. Pierwszym premierem z Luo został po ostatnich zamieszkach Raila Odinga, ale stanowisko zostało utworzone specjalnie dla niego. Prezydentem jest Kikuyu, co doprowadza inne plemiona do szewskiej pasji.

Krew Luo płynie w żyłach Baracka Obamy, więc współbracia zakładają, że nadchodzi czas zmian. Tymczasem rządzący Kikuyu słynną z nieznanej na równiku umiejętności oszczędzania. – Postaw monetę na grobie Kikuyu, a jego duch wróci na ziemię i ją weźmie – brzmi przysłowie wrogich Luo. Większość ministrów pochodzi jednak z Kikuyu, co gorsza nie płacą podatków.

Wspomniani Masajowie to najbardziej komercyjne plemię, które można spotkać głównie w Tanzanii. Masajowie nie dają sobie w kaszę dmuchać. Za zdjęcia dla nas zażyczyli sobie 10 dolarów. Negocjacje skończyły się na 2 dolarach i zapalniczce. Krów nie zanotowano, widocznie trafiliśmy na nowoczesnych Masajów. Efekty poniżej.
Opuściliśmy Musomę, w której zakochaliśmy się bez wzajemności. W mieście położonym nad Jeziorem Wiktoria (z powodu występowania bakterii zaleca się w nim nie kąpać) złapały nas pierwsze choroby. Dwa tygodnie dały nam w kość, przed nami przejazd przez Singidę, Arushę aż do Dar es Salaam. Jedyną tanzańską autostradą niemal 2 tys. kilometrów.

Nim napiszemy o wiosce Masajów oraz polskim sybiraku, który wylądował w Tanzanii i pracuje jako masaż publikujemy kilka zdjęć na poprawę humoru. Nie możemy zrozumieć, dlaczego wszyscy narzekacie na śnieg.
Matatu w Kenii to tylko czyściec, podczas gdy tanzańska dalala (czyli miejscowy bus) to prawdziwe piekło. W drodze do granicy musieliśmy trzy razy zmieniać zaludnione busy. Dojechaliśmy do Sirari na granicy.
I nastał czas tęsknoty za Kenią. W tanzańskim samochodzie na 12 osób przez większość trasy jechało o dziesięć więcej. Gdy wchodziliśmy do dalala było już prawie pełne, odjechaliśmy dopiero 45 minut później, gdy przepełnienie sięgało zenitu.

Kilka słów o podróży

Kurczak cały czas gdacze i dziobie w plecy. Trzyletnie dziecko bawi się rozbabranym bananem na naszych spodniach i płacze wniebogłosy. Plastikowe miski pewnego pana wbijają się w szyję. Na kolanach trzymamy 20-kilowe bagaże, a o nie opierają się jeszcze dwie kobiety. Za plecami młoda mama karmi kilkumiesięczne dziecko, a starsza pani łupi kukurydze.

Nad głowami i pod nogami pasażerowie wiozą swój ekwipunek: całe kiści bananów, warzywa, miski i ubrania. Na koniec okazuje się, że i kierowca musiał zarobić na podróży. Na końcowym przystanku wyciągnął sześć kanistrów na paliwo, a z nich po kilka paczek papierosów.

Trzy dni z rzędu spędziliśmy w buszu, czyli na tanzańskiej wsi. Jedna z rodzin ugościła nas tradycyjnym posiłkiem, dodajmy podstawowym pożywieniem najbiedniejszych. Brązowy kleik, który okazał się chlebem robionym z prosa, zamaczało się w zielonej mazi z ogórków. Do tego pieczone szprotki. Całość, spożywana rękoma, nie wzbudzała zaufania.
Poznaliśmy ludzkie problemy, których nie widać zza szyb jeepów. System rabinatu, ubóstwo, brak dostępu do bieżącej wody i elektryczności – wszystko to ma wpływ na szerzenie się wszechobecnych chorób. Królują AIDS i malaria.
Do domu zaprosił nas chłopak w naszym wieku. Jego historia to materiał na film. Stracił ojca chorego na AIDS, jego matka ciągle walczy z chorobą. George studiował w kenijskim Kisumu, dzięki wsparciu fundatora z zagranicy. Gdy tamten umarł, chłopak musiał wrócić do małego Shirati.

Razem z matką i babcią pomagają polskiemu księdzu prowadzić coś w stylu sierocińca. W trzech małych pomieszczeniach kłębią się malutkie dzieci. Białemu trudno jest pokonać barierę rasową. Dorośli wydają się sztucznie uśmiechać, tymczasem ich pociechy od razu wieszają się nam na szyjach. Ale i dla nich jesteśmy obcymi, czyli mzungu.
Zdobywamy ich zaufanie, kolor skóry przestaje być problemem. Wówczas zaciekawienie wzbudza kolor oczu. W Tanzanii wszyscy mają brązowe. My z naszymi niebieskimi czy zielonymi pozostajemy dla nich mzungu. – Pewnych granic nie da się pokonać – przekonywali nas polscy misjonarze z wieloletnim stażem w Afryce.

Afryka postanowiła zaskakiwać nas do samego końca. Gdy jechaliśmy do centrum Nairobi nagle z naszego matatu zaczął uciekać „zbieracz pieniędzy”. Zaraz potem w samochodzie pojawił się policjant, wyrzucił jednego z nas, po czym rozsiadł się wygodnie obok kierowcy. Gdy matatu się zatrzymało, policjanci skuli kierowcę kajdankami, a puste auto pozostało na rondzie. Najprawdopodobniej prowadzący nie posiadali dokumentów. Pieniędzy nikt nie zamierzał nam zwracać.

Znaleźliśmy jedno podobieństwo pomiędzy Kenią a Polską. Powiedzenie zastaw się, a postaw się jest tu jak najbardziej na miejscu. Niektórzy Kenijczycy, chcą pokazać własną majętność, potrafią kupić 20 piw w knajpie na raz. Po ulicach mieszkańcy chodzą wystrojeni na zachodnią modłę, posiadają nowoczesne komórki. Nie dotyczy do tylko „europejskiego” Nairobi, ale także malutkich wiosek. Być może dlatego najprężniej rozwijającą się branżą kraju jest właśnie telefonia komórkowa.

Nasza wyprawa zbliża się powoli do końca. Rozstanie z Afryką będzie trudne zwłaszcza dla naszych organizmów. Wracamy nie tylko do innego świata, ale do innej czaso-temperaturo-przestrzeni. Z 35 stopni C pora przestawić się na zaledwie 5.

Na razie nie możemy sobie tego wyobrazić.
PS. W odpowiedzi na pytanie na temat rozwoju kolei w Kenii i Tanzanii. W pierwszym kraju funkcjonuje słynne połączenie z Nairobi do Mombassy. 12 godzin drogi ciuchcią. W Tanzanii zwykle kolejki wąskotorowe. Jak pisaliśmy wcześniej, życie toczy się w matatu.

Statkiem z Neapolu do Afryki

statek w porciePo załatwieniu wszelkich formalności na okręcie, półtora prawie dnia jeszcze spędzamy w Neapolu. Rozkoszujcie się cudnym widokiem portu i morza. Piszemy jeszcze do domu ostatnie listy ze stałego lądu, ho potem już tylko z okrętu pisać będzie można tam, gdzie w portach krzyżują się okręty, wracające z Afryki do Europy.
Zapowiedzieliśmy się, że do obiadu o siódmej wieczór zasiądziemy już z pasażerami na „Wind- huku”, to też o 6. bierzemy fiakra, pakujemy nań resztę rzeczy i jedziemy na molo. Windhuk stał zaraz przy samem molo. tak blisko kamiennego podmurowania, że tylko kładką przechodzi się na pierwszy od dołu pokład. Natychmiast obskakują nas sławni neapolitańscy tragarze i ofiarują nam gotowość przeniesienia naszych rzeczy na statek. Wybieramy trzech, a każdy z nas pilnuje swego, aby mu się gdzie z rzeczami nie ulotnił, ho numerów tam nie mają, a port tak źle oświetlony, że łatwo mogły się zaszyć w tłum ludzi, a o wyszukaniu go mowy by być nie mogło. Procesją idziemy z pierwszego pokładu na drugi, stamtąd na trzeci, gdzie właśnie znajduje się nasza kabina.

Posiłki

Na okręcie nieład wielki. Kapitan przy ładowaniu towarów, nazwiska nasze jeszcze nie wpisane, służących, zwanych „Stuardt“ nigdzie znaleźć nie można. Płacimy za tragarzy, składamy pakunki na rogu pokładu i zostawiwszy przy nich Jana, obaj z bratem wybieramy się na poszukiwanie naszego „Stuardta“. Odkryty po długich wysiłkach w kuchni, wskazuje nam naszą kabinę. Jest ona narożna, tak jak życzyliśmy sobie, niestety jednak od południa, nie pomoże więc przewiew, kiedy wjedziemy w strefę tropikalnych upałów. O siódmej obiad, więc czas się ubierać, nie zajmie nam to jednak wiele czasu, bo kiedy jeszcze okręt stoi w porcie, nikt się we fraki i smokingi nie ubiera do stołu, wystarczy ubranie marynarkowe. Kapitan p. Majer wyznaczył nam, jako podróżnikom z Austrii, miejsce przy niemieckim stole, gdyż przy innych siedzą przeważnie sami Anglicy, jadący na swoje urzędy do byłych kolonii angielskich we wschodniej Afryce.

O godzinie trzy na siódmą odzywa się pierwszy odgłos fanfary, dający znak, że za 15 minut rozpocznie się obiad. Ubieramy się jak najprędzej, tak że gdy fanfara drugi raz zagrzmiała, schodziliśmy już do sali jadalnej umieszczonej na drugim pokładzie. Stoły były bardzo wykwintnie zastawione, przy każdym siedziało 5 do 15 osób, zależnie od kształtu sali. Nasz stał na środku, przy nim też, na czele u głowy siedział kapitan, z nim się zaznajomić najpierw wypada. On przedstawia nas gościom siedzącym przy tym samym stole. Obiad znakomity. Porcje jednak bardzo szczupłe, a mięso traci smak przez zbyt długie sztuczne zamrażanie. Sztuczną wodę, piwo i wino trzeba zamawiać osobno i osobno też płacić. Podczas obiadu przychodzi Stuardt (Stewardt) z notesem, w którym zapisuje się ilość żądanych napoi, numer kabiny i nazwisko kupującego. Co tygodnia wyrównuje się rachunek za spożyte trunki.

Wypłynięcie

Obiad kończy się dziś szybko, wszyscy bowiem chcą raz jeszcze przyjrzeć się stałemu lądowi i zobaczyć odbijanie statku od brzegów, które zapowiedziane było na godzinę dziewiątą. Odjazd okrętu zawsze się jednak spóźnia, bo nigdy nie mogą się na czas uporać z załadowaniem towarów. Czekaliśmy do 11-ej prawie, snując się milcząco po pokładzie, śląc ostatnie spojrzenie w stronę naszego kraju, domów i rodzin. Neapol wre życiem, którego zgiełk wesoły aż do nas dochodzi, płoną jasno tysiące świateł, huczy naokół, a we mnie stężało wszystko w jakieś dziwne uczucie tęsknoty, osamotnienia i niepewności. Z oddali dolatuje gwizd lokomotywy, która może ostatnie moje listy wiezie do kraju, do moich najdroższych. Ten okręt to nasze dobrowolne więzienie na dni dziewiętnaście, po których staniemy u celu podróży, na ziemi, w której zaspokoimy nasze marzenia.