Amazonia

santaremO Rio de Janeiro, gdzie wylądowałem 1 lutego i gdzie spędziłem pierwsze 3 dni w Brazylii (nota bene moje pierwsze 3 dni poza Europą) napisze przy innej okazji. Przeskakuje o ponad tysiąc kilometrów do malej amazońskiej miejscowości Santarem. Santarem to miasto portowe, nieco senne, ale sympatyczne. Wokoło jest parę ciekawszych miejsc do zobaczenia, my mieliśmy tu spędzić zaledwie półtora dnia.

Wyjście z samolotu na lotnisku w Santarem było nieco szokujące – dostałem w gębę gorącym, wilgotnym, „gęstym” powietrzem. Był ranek 4 lutego, hmm. Biorąc pod uwagę, że poprzednia noc spędziłem na klimatyzowanym lotnisku w Belem, a potem leciałem do Santarem samolotem, w którym było wyjątkowo chłodno, Amazonia przywitała mnie naprawdę ciepło.

Gulum już stal i machał na tarasie widokowym w swojej koszulce z krokodylem (wygladał iście po amazońsku). Oblaliśmy wspólne rozpoczęcie podroży piwkiem marki Cerpa i słodką cafezinho. Na przystanku autobusowym, czekając na onibus do centrum miasta, zaprzyjaźniliśmy się z jednym z mechaników z lotniska, który mimo niedzieli został wezwany do pracy. Rozmawialiśmy trochę o footbolu i o powodach naszego przybycia.

W Santarem skierowaliśmy pierwsze kroki do Erinaldo – gościa, którego parę godzin wcześniej Kamil poznał na przystanku autobusowym. Erinaldo pokazał nam swoje trzy żółwie, poczęstował dziwnymi, czerwonymi owocami prosto z drzewa, ugościł kawałkiem aligatora nabitym na wykałaczkę. Gulum zapił to wszystko cachaca. Erinaldo zaklinał się, że możemy w ogolę mieszkać u niego, spać, kapać się do woli, bylebyśmy tylko nie odchodzili. Podziękowaliśmy jednak za mile chwile, ja na odchodne nastroiłem mu gitarę, Gulum zadał na karnawałowej trąbce i poszliśmy do hostelu.

Popołudniu zaparadowalismy wzdłuż portowej quasi-promenady i udaliśmy się na zaułkowy lunchyk. Po strawie zapodaliśmy sobie niedługi spacer. Natrafiliśmy na mecz footbolowy miejscowych Ronaldinho i na Australijczyka Sama. Sam wybrał się SAM ze swojej rodzinnej Tasmanii na piesza wędrówkę wokół globu. Jest misjonarzem, a jego misja jest jedność Chrześcijan, za którą podczas wędrówki się modli. Miał glejty od dwóch biskupów tasmańskich, skrupulatnie opracowana trasę w teczce A4, niewielki plecak, strasznie ciężkie buty za kostkę i dobry humor. Razem udaliśmy się na wieczorna msze na 18 do pobliskiego kościołka. Atmosfera małomiasteczkowa w wersji latynoskiej – dużo śpiewania, przemieszczania się po kościele przy znaku pokoju, uśmiechy do nas – gringos i dość żywe reakcje na to, co mówi ksiądz. Po mszy przegadaliśmy wraz Samem rożne tematy siedząc na piwku na wybrzeżu, czy zajadając zupę tacaca na jednym z małych skwerów.

Następnego dnia szybka wyprawa na pobliskie mercado, gdzie wytargowaliśmy dobra cenę za hamaki. Potem krajobrazowa wycieczka na spora i ładna plaża rzeczna w Alter do Chao (godzinka drogi onibusem) razem z Bernardem, współlokatorem z naszego hostelu. Bernard to piecdziesiecio-paro letni Francuz, miły Nicejczyk, bardzo zakochany w Brazylii.

Po powrocie prawie prosto pognaliśmy zaokrętować się na barce. Bernard poszedł nas odprowadzić. To był koniec odwiedzin pierwszego miejsca na naszej dość długiej marszrucie. O godzinie 18:20 wyruszyliśmy usadowieni na hamakach na okazalej barce „Juan” do równikowej miejscowości Macapa.

Pływanie na barce nie równa się oczywiście żeglowaniu – bom nie wali w łeb, nie czyści się zezy, a poza tym jest z Tobą 300 innych osób telepiących się na swoich hamakach i zaglądających ciekawie na swoich sąsiadów. Podroż bareczką ma jednak wiele innych zalet, a gdy trwa więcej niż jedna dobę, może być naprawdę fajnym przeżyciem. Na naszym „Juanie” spędziliśmy ponad 30 godzin, a pobyt zaowocował kilkoma nowymi adresami mailowymi, wieloma fajnymi zdjęciami, paroma nowymi figurami tanecznymi itd. Zapamiętamy też sporo miłych i zabawnych osób: lokalnego pijusa Marcio z Monte Alegre (tam barka miała krotki przystanek), który mówił o sobie, ze jest profesorem matematyki, wesołe trio – optymistycznego i życzliwego gadule Fladmona Chiquitina, 22-letniego ojca dwójki dzieci Vaginho (jechał w odwiedziny do nich do Gujany Franc.) i Roberta, który chciał Kamilowi odstąpić swoja zgrabna kuzynkę na czas podroży barka. Była tez zaczepna i całuśna Renatka, opiekuńcza i zgrabna Rafaela, tajemnicza piękność w zielonej koszuli (nie zagadaliśmy), miły Marcus, który czytał Biblie i parę innych śmiesznych ludzi. Było barwnie.

Do portu w Santana k/Macapa wpłynęliśmy ok. 3 rano czasu lokalnego. Ok. 7 wskoczyliśmy w onibus i pojechaliśmy na zwiady do Macapa. Plan był pierwotnie taki, aby po dniu spędzonym w mieście popołudniu wypłynąć inna barka do Belem, u ujścia Amazonki. Po krótkim researchu w centrum Macapa okazało się, ze samolotem dostaniemy się do Belem w 2 godziny, a nie w 22, a koszt przelotu będzie nawet parę reais tańszy niż barka!

Bilety poszliśmy zamówić u sympatycznej Alani w biurze podroży, a potem udaliśmy do miejsca zwanego Marco Zero – punktu o szerokości geograficznej 0’00”. Dziwne, ale miasto, przez które przebiega równik mogłoby zbijać na tym fakcie nieźle kasę. Marco Zero było tymczasem liche z marketingowego punktu widzenia. To jednak nie przeszkodziło nam czuć się equatorialnie, zrobić kilka filmików i fotek, zjeść równikowe lody. Taka sobie Macape pożegnaliśmy wobec powyższego z całkiem miłymi wrażeniami. Tym bardziej, ze Alani zapraszała uśmiechnięta do ponownej wizyty.

Lotnisko w Belem przywitałem osobiście z pewnym westchnieniem. Przespałem tam przecież noc przy fliperach, w drodze do Santarem. Gulum nie miał z Belem żadnych wspomnień, był wiec oschły.

W informacji dowiedzieliśmy się, ze, aby dojechać do Av. Presidente Vargas w centrum, trzeba wziąć onibus przy gl. wejściu do lotniska, który nadjedzie ‚from dy lefci tu dy rajci’. Już nas tu nic nie zdziwi po tym, jak na barce wymienialiśmy się mailami i niektórzy podawali adres na oczimejiu (hotmail), a niektórzy na zemejiu (gmail).

Belem było tego wieczoru martwe. Syf z całego dnia na ulicach, kilku lumpów, parę wąchaczy kleju. Jedyna „atrakcja” była dziwna kobieta, która z gołym biustem przemaszerowała przez parę głównych ulic. Zrobiliśmy mały rekonesans, zjedliśmy na rogu dwóch ruas dobrego hamburgera, oglądając lokalne stanowe rozgrywki footbolowe – Ituano z Palmeiras.

W dzień miasto okazało się o wiele ciekawsze. Kolonialna architektura, bardzo ruchliwy i ogromny targ Ver-O-Peso, kilka zabytków, no ale przede wszystkim ruch na ulicach. W Belem cały rok pada prawie na okrągło. Nas tez zmoczyło. Jak tylko deszcz zmienił się w mżawkę, a woda spłynęła w kanały, ten cały gorąc z betonu i asfaltu uniósł się i spowodował, że zrobiło się dławiąco. Taka gorąco-wilgotna w ogóle jest na razie cala Amazonia, która my odkrywamy. Są momenty, ze coś niby zawieje, ale to jest równik i to się czuje. Miastu Belem poświeciliśmy niewiele czasu, bo już o 14:30 odpływaliśmy niewielka barka na wyspę o nazwie Ilha do Marajo.

Trzygodzinna podroż i zacumowaliśmy w malutkiej wiosce Camara na wyspie. Te trzy godziny ubarwiło nam poznanie Francis, która jest przedstawicielka firmy produkującej materace na łózka i udawała się w podroż służbową na wyspę do klientki, która chciała złożyć reklamacje. Francis chyba rzadko widuje gringos, bo robiła nam z ukrycia zdjęcia telefonem i swoim aparatem. Po którymś błyśnięciu flashu, odwróciłem się, a panna udawała, ze obserwuje bacznie jakiś punkt w ogolę na innej części kuli ziemskiej. Wziąłem aparat i jej w gębę strzeliłem fotę. Hehe. To przełamało lody i ostatnia godzinę żeśmy cala trojka spędzili na gadaniu o rożnych sprawach. Francis dala nam wszystkie swoje numery telefonów, adresy imejiu (miała na oczimejiu) i kazała zadzwonić, jak będziemy wracać z wyspy do Belem. Maila niesamowicie białe zęby, jak zresztą wielu tutejszych. Jak oni to robią?

Z Camara wzięliśmy busa do pyciej miejscowości Juanes, gdzie są 4 domy na krzyż, mnóstwo pięknych palm, geste lasy z mokradłami i lepiącym błotem, wielka plaza rzeczna, kiosk z panią-cwaniarą i wielu życzliwych lokalnych. Urzekające miejsce na urlop we dwoje… Hehe, niekoniecznie mam tu na myśli konstelacje Gulum/Cieplas. Wyspa jest odrobinę większa od Szwajcarii, słynie z chodzących ulicami i lakami buffalo. Z ich mleka robi się smaczny ser, a mięso z buffalo jest składnikiem smacznych potraw. Podobno, bo nie próbowaliśmy. Były inne dania, konkurencyjne – rybne. Pycha. Zostaliśmy tu dwa dni – rekreacja, las, kąpiel, odpoczynek.

10 lutego o 5:00 rano odjechaliśmy do Camara, zapakowaliśmy się na bareczkę i ok. 9:00 Belem powitało nas po raz kolejny.