Bezdrożami amazonii

br-163Porwałem się na wcale nie krótką i na pewno niezbyt wygodna wycieczkę brazylijską drogą BR-163. Z Cuiaby do Santarem, 1800 kilometrów w większości przez czerwone bezdroża Amazonii. Sześćdziesiąt sześć godzin wertepiastych wrażeń. Ale powiem Wam, ze jakoś nie byłoby mi źle, ba nawet czerpałem z tego dużo przyjemności. Nie padało zbyt obficie, nie było tak gorąco i parno jak się tego spodziewałem, nie gryzło nic po ciele. Raz tylko było przygodowo. Utknęliśmy w błotku i motoriści jeszcze próbowali w te i we wte, ale już czułem wtedy, że to tylko pozory, że tak naprawdę czeka nas goło-stopowe maczanie się po łydki w błocie i pchanie tego monstrum. Po paru godzinach nieudanych prób, wróciliśmy jak świnki do chlewu. Wesoło się zrobiło, bo przy tym wspólnym wysiłku ekipa się zintegrowała.

Generalnie, Amazonia myślę to taki mit, o czym doskonale sobie zdawałem sprawę zanim tu przyjechałem. Mowie o takiej Amazonii dla zwykłego śmiertelnika, nie o jakiś wyprawach dłubankami po mokradłach puszczy. Nie spotka się tu kolesia z metrową wargą i drewienkiem, z jakimi to ludźmi się na przykład Stingi czy inni tacy pokazują. Nie widać tych pnączy i gąszczy. Takiej dżungli z wyobraźni uczniowskiej z lekcji geografii jeszcze nie spotkałem, ale czekam na kongijską. Tam musi to być ukryte, co w mojej wyobraźni, bo tam jest przecież jadro ciemności 🙂

Trzy noce w busie i nawet dobrze się spało i oglądało, co też ciekawego za oknem. A za oknem ciągnęły się fazendy. Wszystko wytrzebione doszczętnie i pasa się te białe krowy. Serce się kraje jak się widzi ogromne ciężarówki z wielkimi pniami pięknych drzew. Do tego asfalt kładą od Santarem na południe i to już na pewno dokończy dzieła zniszczenia w tym rejonie. Ale łatwo się marudzi z pozycji Europejczyka, bo my już wszystkie lasy wytrzebiliśmy, ale ci tutejsi tutaj jakoś z czegoś i pomału muszą żyć. Palą kolejne połacie lasów. Czekaja aż wyrośnie zielona trawka, a rośnie wartko  i wpuszczają bydło na nią. A potem ja skonsumuje taką krówkę w zajeździe na lunch. I tak się toczy – zmieniamy świat!

Klasyczny widok małych wiosek po drodze to drewniane bary, wiszące hamaki, jeden czy dwa stoły bilardowe i pełny bar butelek dla rozrywki. Koń przywiązany do drąga, a z drugiej strony zaparkowany motor. Obok borracharia, czyli taki warsztat wulkanizacyjny.

I tak całą drogę. Aż do Santarem, które emanuje leniwa atmosfera, rozmowami na zacumowanych przy brzegu barkach. Spokojnymi wodami Rio Tapajos i Amazonki. W to wszystko wpuszczona amerykańska wycieczka z ekskluzywnego statku wygląda jakoś abstrakcyjnie i nierealnie. Już się po mieście rozeszło, jak i kto, po co, że osiem tysięcy dolarów płaci każdy za rejs. Az do moich uszu doszło, a więc sklepikarze już o wiele wcześniej zacierali pewnie ręce.
Trochę za drogo mi w tej Brazylii. I za ciepło. Po drodze z Bolwii musiałem się zatrzymać w Caceres po stempel, potem Chapada de Guimairaes, gdzie jak jakiś ostatni głupek szalałem na rowerze w czterdziestostopniowym upale. Pojechałem do geograficznego środka Ameryki Południowej. Przynajmniej widoki mile, daleko daleko w równiny z ogromnego klifu. Potem wodospad zwany ślubnym welonem i kilka sepów, które wyglądają jak indyki. No i te trzy dni w autobusie. Sorry, ale atmosfera Santarem, ten południowy slow-down nie pozwala mi na napisanie czegoś lepszego. Bo gdzie szukać inspiracji jak wszyscy dokoła cały dzień oglądają brazylijski towar eksportowy – telenowele!

Relacja Cieplasa