Na granicy Puerto Obaldia

puerto obaldíaGdzie bylem jak mnie nie było? Hmmm, na końcu świata, Puerto Obaldia, klimaty takie że aż miło, palmy plaża, posterunki wojskowe. Nie wypuszczają cię za wioskę bo niby guerilla. Zero samochodów, parę rowerów, niedzielny mecz baseballa, muzyka i piwo, piwa nie brakuje. Żeby tu dotrzeć trzeba jechać cały dzień z Cartageny, autobus ze dwa razy coś z podwozia stracił, ale jakoś go macherzy zreperowali. Było wkoło cały czas zielono, później mocno wertepiasto a na koniec Turbo – portowo-przemytnicze klimaty.
Spałem w małym hoteliku, gdzie każdy sobie mówi „mi amor”, zresztą wszędzie sobie każdy tu w okolicy tak mówi. Później motoróweczką do Capurangi czy jakoś takoś. Takie miłe plażyczki dla turystów columbiano i później do Obaldia mała łupineczką. Po lewej cały czas zielone wzgórza, klify o które rozbijają się fale. Bagaże przeszukali nam z 5 razy w Obaldia, jeden pensjonat, finał przerwany w 55. minucie bo siadło zasilanie 😉
Ryba z ryżem na kolacje, potem cisza i spokój, czytałem coś na werandzie a wolna osada spowalniała jeszcze bardziej. Hicior przyszedł nocą. Błyskało aż było jasno (jestem ciekaw czy rzeczywiście tam na wzgórzach partyzanci mokną), a grzmociło prosto na nas. raz po raz i to dobre parę godzin. Wyszedłem na werandę i to był inny nierealny świat. Naprawdę jakbym trafił na inna zielona soczysta planetę gdzie nikogo nie ma tylko Posejdon kształtuje nowa planetę. Rytmiczny stukot deszczu o blachę i jasność.

No i ranek. Trzeba było obudzić kolesia od imigracji bo sobie smacznie spal. poczta, biblioteka, coś tam jeszcze też zamknięte na osiemnaście spustów, no bo po co rano wstawać?! Zapisałem się na lot. wierzą na słowo, płaci się dopiero w Panama City, przez wioskę idzie betonowy pas startowy, taka hitlerówka jak kiedyś do Wrocławia, można by powiedzieć. Tyle że pod górkę. Zaryczały syreny (armia obsługuje) przepłoszono inwentarz do zjedzenia typu kury kaczki i inny drób, psiaki już wiedziały co się świeci i same zeszły z drogi i za chwile wylądowała machina. Zapakowaliśmy się. Widok na słynny Darien (kiedyś trzeba by go przejść ;)), chmurki się gdzieś zaczepiały o wierzchołki. Później była ich cała biała kołdra i jak się nagle obudziłem to miałem już na ostrzu słynny Puento America, nieformalną granicę pomiędzy Amerykami Sur i Norte.

No to poopowiadałem rożnym służbom po pięc razy po kiego do tej Panamy przyleciałem i mnie w końcu puścili. Na dworcu już prawdziwe USA. Nie ma garkuchni tylko jeden wielki food court. Mmmm, jak smakuje burger z frytkami po paru tygodniach jedzenia ryżu i fasoli!!!!
Przyjechałem do Portobelo, bo fajne i fajna nazwa od czasów mojego naparzania kawy w Sydney. To tutaj to taka nieodkryta zaniedbana perełka. urocza zatoczka, forty, kościołek, ryż z ośmiorniczką, Chińczycy znów rządzą w supermarketach. Tutaj mają taką manierę że nie podają produktów tylko nimi rzucają. Wiadomo whosdabossssss. no to pyrsk!

Relacja Cieplasa