Rio do Janeiro

plaza rioJak tylko wrzuciliśmy plecaki do naszego quarto, zabraliśmy się z Carla do dzielnicy Copacabana. Szybka strawa za czwórkę i ruszyliśmy w kierunku jednego z najbardziej charakterystycznych miejsc Brazylii na plażę. Spacer dwóch białasów pośród opalonych i czarnoskórych sprawił nam (im pewnie też) wiele radochy. Wykąpaliśmy się w Oceanie, a jakże! Tu jeszcze należy wspomnieć o gęstości zaludnienia plaż w tych dniach jak wiadomo, Brazylia w Karnawale nao funciona nada! Wszyscy bawią się, odsypiają i idą na plażę. Na Copacabanie było tak gęsto, jak chyba tylko wtedy, jak na któryś z naszych supermarketów rzuca telewizory za 10 złociszy i wiara się wręcz depta nawzajem. Wyjątkowy widok.

Wieczorem, zrelaksowani udaliśmy się na karnałowanie w wydaniu Rio. Zaczęliśmy od Lapy dzielnicy, w której mieści się parę szkół samby, wiele fajnych knajpek i gdzie pachnie bohema artystyczna. Masa ludzi, masa dźwięków, scena amfiteatru emituje w eter jedno, wypakowane głośnikami bagażniki samochodów poustawiane na ulicach i chodnikach nadają drugie. Wszystko na cały regulator. Grupki tańczących, grupki hałasujących. Naokoło sprzedawcy napojów chłodzących i przekąsek, zapachy perfum zmieszane z zapachem grilli i (przepraszam) odorem uryny.

Z Lapy ruszyliśmy na jeden z głównych skwerów centrum Rio, nieopodal stacji metra Cinelandia. Także i tu scena i multum ludzi. Inna publika, inna muzyka, ale po prostu sama słodycz. Ludzie roztańczeni, uśmiechnięci, zaraźliwie radośni. Gulum robił ogólne rozeznanie oraz negocjował już zawodowo ceny kupowanych piw, ja próbowałem nauczyć się pytając pewnego Brasileiro, jak rozróżnić frevo, marchinie, pagode i sambe. Te gatunki rożne od siebie z założenia graniczą ze sobą, a dla niewprawnego ucha granice te są nieraz niewyraźne. Pokołysaliśmy się z tłumem po czym udaliśmy się na Rio Branco, obok Avenida Presidente Vargas, jedna z głównych arterii RJ. Tam tez gęsto. Przez ulice defilują bandy karnawałowe, komisja w specjalnym baraku ocenia bandy pod względem rożnych kryteriów. Pomiędzy bandami masy pląsających i śpiewających. Ale atmosfera inna niż w Salvadorze. Nie jest tak dziko i mimo wszystko jest nieco ciszej. Można się nieco rozprężyć i dać ponieść karnawałowemu szaleństwu. To właśnie nam się udało.

Kolo północy zgodnie kiwnęliśmy głowami, że realizujemy plan Sambodromo. Wejściówki na ten najbardziej znany na świecie stadion karnawałowy kosztują krocie i są trudne do dostania. Ale tu przydał się nasz książkowy przewodnik podpowiedział, że o pewnych godzinach w pewne dni w pewnych miejscach można dostać wejściówki prawie za bezcen. Udaliśmy się wiec w owo miejsce z dużą niepewnością, ale także z dużą nadzieja. I udało się. Dostaliśmy się na sektor 6 za 20 reais. Wrażenie zapierające dech w piersiach, porównywalne z tym, gdy wchodzi się na pełny i rozkrzyczany Sląski parę minut przed meczem.

Dziesiątki tysięcy ludzi na trybunach wiwatujące przechodzące wybiegiem bandy karnawałowe. Głośno, barwnie, niezwykle. Każda banda, która przemaszerowuje przez Sambodromo komponuje swoja samba do enredo (piosenkę, która śpiewa przez cały czas przemarszu), wybiera jakiś leitmotiv, do którego dostosowuje stroje i gigantyczne dekoracje, jadące na platformach przez wybieg. Cały występ danej bandy jest zatem pod względem muzycznym i teatralnym pełen alegorii i metafor. Te parę godzin stania w jednym miejscu (do 6:30 rano) umilaliśmy sobie właśnie interpretowaniem symboli i doszukiwaniem się ukrytych znaczeń danego stroju czy elementu dekoracji. A żeby postawić kropkę nad i pochwalić się musimy, ze widzieliśmy wygranych tegorocznego karnawału bandę Beija-Flor. Mieliśmy to szczęście, ze najlepsze bandy tegorocznego Karnawału występowały właśnie w poniedziałek wieczorem. Gulumowi tak się spodobała samba grana przez bandę Beija-Flor, ze potem mi ja następnego dnia śpiewał po norwesku (czyli dobierając wyimaginowane słowa).

W nasze szpitalne katy wróciliśmy o świcie, prosto na śniadanie. Potem snu kapka i wybraliśmy się do Niteroi, po drugiej stronie zatoki Guanabara, niedaleko RJ. Do Niteroi dostać się można przejeżdżając bardzo długim mostem albo przepływając zatokę barka. My w jedna stronę pojechaliśmy autobusem, wróciliśmy bareczką. Niteroi była stolica stanu, podczas gdy RJ bylo stolica państwa nie jest może warte grzechu samo w sobie. Ale skusiła nas malowniczość widoków podczas przeprawiania się barka przez zatokę. Dodatkowa zachętą był budynek Muzeum Sztuki Współczesnej, zaprojektowany przez pierwszego architekta Brazylii Oscara Niemeyera.

Wtorkowym (śledzikowym) wieczorem zaliczyliśmy jeszcze raz karnawałowe ulice RJ. Powtórka z dnia poprzedniego, ale w żadnym wypadku nie można napisać, ze nudna czy ospała. Taka powtórkę z rozrywki można by sobie regularnie aplikować zabawa w najlepszym, w najradośniejszym wydaniu. Zakończyliśmy wieczór na Lapie, rozprawiając o poważnych tematach w takt karnawałowego grania.

Następny dzień upłynął sennie i leniwie. Karnawał jeszcze dudnił w uszach, ale miasto się doprowadzało powoli do porządku. Wielka fiesta dobiegła końca. Zrobiliśmy przechadzkę plażami, docierając miedzy innymi do Plaży Czerwonej (Praia Vermelha), gdzie obfotografowaliśmy pomnik Fryderyka Chopina, ufundowany przez miasto dla mieszkańców pochodzenia polskiego. Na Leme i Copacabanie podziwialiśmy technikę i gibkość małych Ronaldinhos, grających w futbol czy futevolley tak czarująco, że reprezentanci od Leo mogliby się zarumienić z zazdrości. To samo tyczy się plażowych siatkarzy po prostu inny świat.

Następnego ranka odprowadziłem Guluma na autobus do Sao Paulo. Pożegnaliśmy się rzewnym nara i zostałem sam. Sam zacząłem w Rio i sam kończę w Rio. Postanowiłem, że w ostatnie dni odhaczę jeszcze parę obiektów z przewodnika, a ogólnie oddam się relaksowi.

Udałem się do Buzios, miejscowości oddalonej o 3 godziny jazdy autobusem od RJ. Odkryta przez Brigitte Bardot, rybacka miejscowość Buzios (muszle) jest nazywana St. Tropez Brazylii. Rzeczywiście klimat śródziemnomorski, male uliczki, malowniczy krajobraz. Ja porównałbym je z magicznym Capri we Włoszech. Jednak na urlop we dwoje (jak zasłuży) polecam zdecydowanie Ilha de Marajo (opisywane w pierwszej części) zero turystów, zero komercji, równie piękne otoczenie, prawie nienaruszona natura i co tez ważne dobre ceny.

Maracana

W inny dzień udałem się do mekki brazylijskiego futbolu na stadion Maracana. Narobiłem zdjęć odbitym stopom Pelego, Jairzinho, Garrinchy, Ronaldo, Romario e tutti quanti. Przechadzam się przez szatnie i korytarz prowadzący na murawę. Próbowałem sobie wyobrazić tumult, który robiło 200.000 ludzi w 1950 roku na przegranym finale MS z Urugwajem. Nie udało mi się, wyobraźnia nie dala rady.

Pobuszowałem co nieco po sklepach muzycznych, zakupiłem sporo fajnych płyt. Tak jak marzyłem, w podróży udało mi się skompletować całkiem ładny przekrój przez gatunki i podgatunki brazylijskiej muzyki. Oprócz tego nabyłem cavaquinho mala 4-strunowa gitarkę o ciepłym brzmieniu, wykorzystywana w muzyce pagode czy w sambie. Uczę się cierpliwie grać.

Odjechałem na lotnisko w sobotę wieczorem, pełen wrażeń i wspomnień. Żegnało mnie zachodzące za favele na widnokręgu słonce. Jak Gulum pozwoli, może pokoszę się jeszcze o parę zdań krótkiego tym razem podsumowania, czym dla mnie była Brazylia, ale do tego muszę pozbierać myśli, przeglądnąć setki zdjęć, uporządkować je. Mogę jednak potwierdzić, że dożo prawdy jest w powiedzeniu: Brasil e o melhor do mundo.

I w tym miejscu muszę tez podziękować Gulumowi za wspólne podróżowanie, piękne podróżowanie. Uważam, ze miałem nie tylko przyjemność, ale tez przywilej popodróżowac z Kamilem. Gulum, saude! Ate outra vez!