Wenezuela i Kolumbia

Wylądowałem w strefie kawy. Salento, Kolumbia. Mam cały barak powiedzmy dla siebie póki co. Widoczek na plantację choć tak naprawdę jej nie widać bo ciemno jest. Izraelita zostawił mi fajną muzę. W ogóle na temat podróżujących żydów można by napisać książkę.

caracasDobra, ale nie o tym. Coś mało ostatnio pisałem, ale palma mam częściowo nieczynnego, a poza tym się naprawdę trudno zmobilizować. A czasem nie ma warunków do pisania. Z Trynidadu zafundowałem sobie drogi rejs do Wenezueli. Tam w ciągu paru miesięcy jak tam bylem dolar spadł z 5.5 do 3.1 boliwara wiec ceny skoczyły. Nocny do Caracas , meczyk polaków tamże obejrzałem, ale problemy były bo el presidente zaczął nadawać i lokalni sami nie wiedzą czy będzie gadać trzy czy cztery godziny. Ale złapałem meczyk na ESPN.

Lokalsi szybko mi wytłumaczyli że jesteśmy perdidores. Jak nie wiecie co to znaczy to zajrzycie do słowników. Kolejny nocnik, tym razem do meridy. Trochę życia nocnego żeśmy zobaczyli i następnego dnia do Encontradas. Tak na chybił trafił tu są słynne błyskawice Catatumbo. Znaczy błyska się a nie słychać grzmotów. Nawet najstarsi górale nie potrafią rzec, czemu tak jest! Jedna z teorii to że jest bardzo duża różnica wzniesień na małym odcinku – od morza do ponad 5 tysięcy. Coś tam żeśmy zobaczyli ale kończyło się na rumie pod pomnikiem Bolivara – tam akurat nie na koniu jest, a to wielka rzadkość! No I miejscowy bar tętniący życiem, białasy wielka atrakcja zostali!

No I Kolumbia. Jestem już tu tydzień i mowie wam że extra jest. Przede wszystkim widokowo przepiękny kraj. Cały czasy zakrętasy, wąwozy, rzeki, góry. Pierwsza noc w Pamplonie. Super studenckie miasteczko, wreszcie klimat przyjazny po wenezuelskich upałach. Potem San Gil, gdzie w sumie zostałem trochę dłużej niż myślałem. Fajny hostel prowadzony przez Australijczyka i wpadłem w gringo trail. Czyli ścieżka z Lonely Planet, która podążają wszyscy mochilieros. Tak się trochę czuje że w sumie z backpackerstwa powstałem, ale już chyba trochę latka lecą bo nie kumam do końca tych klimatów. Milo się posocjalizowalem, zagraliśmy parę dobrych partii w yanifa – żydowska gra karciana – trochę jengi, takie tam budowanie z klocków. Jakieś meczyki w telewizji i pitu pitu o niczym. Hydrospeeding zaliczyłem, choć niektórzy nazywali to hydroslowing. Zwie się to tez black-water rafting. Generalnie dostajesz deskę, kładziesz się na niej na brzuchu i sru w dol rzeki. Ciekawe doświadczenie, choć mogłoby być trochę więcej bystrz. Spróbuje jeszcze gdzie indziej! Choć kolana i zebra jeszcze do dzisiaj czuje.

Kolejnego dnia fajne widoczki. Barichara i Guane – male miasteczko indiańskie sprzed iluś tam lat. Wioska w zasadzie, klimaty piękne, a barichara ze swoim placem też fajna. Taki spokój.

I dalej do Bogoty. Niby nic specjalnego, ale świetnie się tam czułem. Fajne parki – nawet pomnik Copernicusa stoi! Super muzeum narodowe, ulice w porządku, ludzie świetni. W ogolę jak myślicie że Kolumbia to guerilla i porwania to jest to tylko niewielki margines. Biednych białasów nie porywają, tylko miejscowych bogaczy. Zresztą FARC już się chyba pomału kończy, teraz większym problemem są prawicowe bojówki. No I hit Bogoty, dzielnicy La Candelaria i Plaza del Chorro de Quevedo piątkowym wieczorem. Pod względem klimatu jak dla mnie razem na pierwszym miejscu na równi z głównym placykiem San Telmo w boskim Buenos. Wszelkiej maści typy i postaci, muza, kuglarze, rzeźbiarze, koraliki, speache pod kościołem, policja z ostra bronią, beijimberowcy, starzy hipissi, kolesie w ramoneskach, wyznawcy GnR, pancur prawdziwy się przesunął, rowerzyści, psy, Che Guevara. Costena, Alguila i Club Columbia. Miłość, śpiew, música, dialog, gwar. Kolumbia jest chevre, jak mówią miejscowi!

PS. wielkie dzięki za nawigacje przez latinoamerica dla mojego Personal Guide 🙂

Relacja Cieplasa